Ostatnie protesty wobec podpisanej umowy ACTA oraz przepisy jednego znowelizowanego artykułów o NIK-u zainspirowały mnie do przemyśleń nad naszą prywatnością i jej prawną ochroną. Każdy człowiek, co jest w pełni zrozumiałe, stara się chronić swoją prywatność. Z różnych zresztą pobudek. I nie ma w tym nic dziwnego. Wiedza o naszym zdrowiu, życiu osobistym, kontaktach, majątku, poglądach religijnych i politycznych może być wykorzystana przez jej posiadacza do kradzieży czy szantażu. Może też prowadzić do ludzkich dramatów. Nawet najwięksi celebryci brylujący w mediach, niekiedy celowo ujawniający to i owo ze swojego prywatnego życia, bronią jak mogą prawa do prywatności. To moja prywatna sprawa - jakże często słyszymy w trakcie procesów o ochronę dóbr osobistych. Obywatele chcą więc, aby wiedziano o nich jak najmniej. Państwo, a w zasadzie jego różne służby, chcą za to wiedzieć o obywatelach jak najwięcej. Najlepiej wszystko. Jak twierdzą, dla jego dobra. W sukurs przychodzą im nowe technologie. W miarę rozwoju techniki stopień inwigilacji naszej prywatności stale się poszerza. Na ulicach, w sklepach, lotniskach, dworcach kolejowych i autobusowych, przy bankomatach, na korytarzach hoteli i instytucji oraz jeden czort wie gdzie jeszcze śledzą nas czujne oczy kamer. Jak u Orwella czy Wielkiego Brata. Tak do nich przywykliśmy, że już niemal ich nie zauważamy. Nagrywanie rozmówców i śledzenie połączeń telefonicznych stało się praktyką niemal powszechną. W tej ostatniej konkurencji jesteśmy niezagrożonym w Europie liderem. Mimo ustaw, przepisów, kodeksów mających w założeniu chronić prywatność obdzieranie z niej odbywa się każdego dnia prawie bez przeszkód. Jeżeli dotyczy to osób tzw. publicznych, muszą powiedzieć - trudno, jest to cena za wybór takiej roli. Ale i tu konieczny jest umiar i zdrowy rozsądek. W naszym pełnym różnych niebezpieczeństw świecie to państwo ma dbać o to, aby wiedza o obywatelach zebrana w różnych miejscach była na poziomie niezbędnego minimum. Ustawodawca powinien tępić wszelkie zamiary rozszerzania liczby gromadzonych danych o obywatelach. A jeżeli już muszą być gromadzone, powinno to być niezbędne minimum. Gdy stają się zbędne - niszczone. Nie może to być gromadzenie „na wszelki wypadek" czy na zapas. Bo a nuż się przydadzą za rok, dwa, pięć lat. Sam zaś proces inwigilacji, jeżeli jest niezbędna, musi być poddany ścisłym regułom. Takim, gdzie nie będzie miejsca na dowolność interpretacji. Każda, nawet najmniejsza w tym względzie szczelina może w przyszłości stać się wielką dziurą przez którą będą się szerokim strumieniem wylewać nasze dane osobowe. A ciąg dalszy łatwo można przewidzieć.
Józef Szczepańczyk